START • O MNIE • AKTUALNOŚCI • PROZA • WIERSZYKI • KSIĄŻKI • RÓŻNOŚCI • NAPISZ
WYWIADY


  1. Robert Cichowlas - WYWIAD dla Nowej Gildii i Pinezki


  2. Data publikacji artykułu: 29 października 2008
    Autor: Robert Cichowlas

    Robert Cichowlas: Od niedawna dostępna jest w księgarniach twoja nowa książka "Sześć Dominika". Zapoznałem się z kilkoma jej recenzjami i w jednej z nich przeczytałem, że ta powieść powinna wyjątkowo spodobać się gimnazjalistom... Po lekturze doszedłem do wniosku, że jest ona skierowana zarówno do nastolatków, jak i dorosłych czytelników.

    Anna Łacina: Bo jest. Nigdy nie twierdziłam, że to powieść dla gimnazjalistów (uśmiech). Co nie znaczy, że gimnazjaliści nie mogą jej czytać. Moim zdaniem to książka dla całej rodziny, bo każdy, niezależnie od wieku, no powiedzmy od 15 lat wzwyż, może w niej znaleźć coś dla siebie, wybrać bohatera, którego losy najbardziej go obejdą i przez jego pryzmat postrzegać całą powieść.

    RC: Pierwsza myśl, jaka mi wpadła do głowy po lekturze książki, była taka, że chciałaś stworzyć bohaterów "prawdziwych", do których czytelnik poczuje sympatię i z łatwością będzie potrafił się z nimi utożsamić. Do którego ze stworzonych bohaterów ty, jako ich twórca, czujesz największą sympatię? I za pośrednictwem czyich ust chciałaś przekazać najwięcej?

    AŁ: Myślę, że nie mam jednego ulubionego bohatera, ani też żadnemu z nich nie dałam monopolu na głoszenie moich osobistych poglądów (śmiech).
    Nie jest też tak, że jeśli jakiś bohater staje się moim ulubionym, to automatycznie będzie on moim "heroldem". To dwie różne sprawy.

    RC: Jako swoisty prolog mamy w książce pewien humorystyczny apokryf o stworzeniu świata pochodzący z księgi... hatimów? Dlaczego akurat ten apokryf stanowi swoisty wstęp powieści?

    AŁ: Kim byli (a może są?) hatimowie, pewnie już doczytałeś w książce (uśmiech). A sam apokryf... apókryphos oznacza "ukryty"; "podrobiony", innymi słowy... falsyfikat. Falsyfikat - bo nie ja go wymyśliłam.ak to z apokryfami bywa, ten krążył sobie po sieci, a ja mu tylko nadałam formę literacką. Zamieściłam go z wielu powodów. Jednym z nich było dość, jak dla mnie, denerwujące przekonanie, że "Człowiek, to korona stworzenia". Co ciekawe, to przekonanie cechuje zarówno ewolucjonistów, jak i kreacjonistów. I z tej pychy (bo to przekonanie jest pychą) rodzi się takie złe poczucie wyższości, skutkujące poniżaniem, albo wręcz niszczeniem wszystkiego, "bo to przecież dla mnie stworzone".
    Nawet to, co dla wierzących jest fundamentem wiary, fakt, że Bóg zechciał przyjąć właśnie ludzkie ciało i że za nas umarł i zmartwychwstał, nie jest dla nas żadnym powodem do wywyższania się, bo, jak jest napisane w Księdze Powtórzonego Prawa, zostaliśmy wybrani nie dlatego, że jesteśmy kimś szczególnym i wspaniałym, tylko dlatego, że ktoś nas pokochał.
    Rodzice też najwięcej czasu i uwagi zwykle poświęcają nie dziecku najładniejszemu i najmądrzejszemu, tylko właśnie temu, które sprawia najwięcej kłopotów, jest "najbiedniejsze" Nie dlatego, że tamto kochają mniej, tylko dlatego, że to chore i kostropate najwięcej uwagi i zaangażowania potrzebuje. Człowiek jest jednym z pośledniejszych stworzeń, a stał się tym, kim jest, tylko dlatego, że Bóg go umiłował i odkupił. Nie zmienia to faktu, że wszyscy,i Bóg i inne stworzenia mają z człowiekiem same tylko kłopoty (śmiech). Chciałam o tym przypomnieć, jakoś zasygnalizować, a nie być przy tym zbyt nachalna - stąd ten apokryf. Ale, jak już mówiłam, nie był to jedyny powód. Innych niech się czytelnik domyśla.

    RC: Dlaczego na miejsce akcji wybrałaś Toruń?

    AŁ: Ponieważ "pisarz powinien opisywać rzeczywistość, którą dobrze zna" - nie pamiętam, na jakim filmie padły te słowa, ale była to mądrość, z którą zgodziłam się natychmiast, gdy tylko ją usłyszałam, chociaż wtedy jeszcze mi się nie śniło, że będę pisać. Gdybym na miejsce akcji wybrała Karaiby, historia byłaby nieautentyczna, niewiarygodna i zapewne grafomańska. Chociaż... któż to może wiedzieć? May podobno nigdy nie był na Dzikim Zachodzie.

    RC: Akcja powieści rozgrywa się w 2004 roku. To wtedy ją napisałaś?

    AŁ: Wtedy zaczęłam ją pisać, a właściwie szkicować.

    RC: Jesteś autorką stosunkowo wszechstronną. Wydałaś dwie książki dla dzieci, powieść obyczajową, napisałaś również opowiadanie grozy do antologii. Podoba mi się "rozrzut" gatunkowy! Jednocześnie ciekawi mnie, co sprawiło, że po pozycjach skierowanych do tego najmłodszego czytelnika, zaczęłaś pisać dla, jakby nie patrzeć, zdecydowanie szerszej publiczności?

    AŁ: To było na odwrót. Najpierw pisałam dla siebie, potem dla mojej grupy wiekowej (co na jedno wychodzi), a konkretnie dla użytkowników Fabryki Librorum, a wiec raczej nie dla dzieci. Potem zabrałam się za "Sześć Dominika". A "Inwazja wirusów" i "Wielki napad" powstały ot tak, mimochodem, bo ja wiem, może dla odpoczynku? Zawsze chciałam coś takiego napisać, przełożyć swoje fascynacje biologiczne na język zrozumiały nawet dla dziecka.

    RC: Zauważyłem, że publikujesz pod kilkoma nazwiskami. Dlaczego?

    AŁ: Żeby się czytelnikowi nie myliło (śmiech). Sam powiedziałeś, że to duży "rozrzut" gatunkowy. Więc postanowiłam rzeczy bliższe fantastyce publikować pod Zgierun, a bliższe powieści obyczajowej pod Łacina. Nie wiem, czy to był dobry pomysł, ale wyjdzie w praniu (śmiech). Oba nazwiska są moje, oba lubię i w życiu codziennym też używam ich zamiennie.

    RC: Twoje utwory można znaleźć nie tylko w księgarniach, ale i w Internecie, gdzie - tak to określmy - debiutowałaś. Ciekawi mnie, jakie jest w chwili obecnej twoje stanowisko w kwestii publikowania na portalach literackich.

    AŁ: Bardzo pozytywne. Gdyby nie było Fabryki Librorum, do dziś nie wydałabym żadnej książki, a nawet chyba bym niczego nie napisała tak od początku do końca. Dzięki Fabryce odkryłam, że historie, jakie się tworzą w mojej głowie od zawsze, mogą zaciekawić też kogoś innego poza mną.
    Portale literackie są potrzebne. Oczywiście pod warunkiem, że dopuszcza się na nich i pochwały, i krytykę, najlepiej ostrą, byle konstruktywną.

    RC: Zapytałem o portale, gdyż często bywa tak, że autor, który nagle zaczyna działać na poletku wydawniczym, przestaje zamieszczać teksty w Internecie, gdyż twierdzi, że ten etap jego "zmagań" literackich jest już zakończony. Tu rodzi się moje pytanie - sądzisz, że portal literacki to swego rodzaju warsztatownia?

    AŁ: Zdecydowanie tak. To tam zdobywa się pierwsze ostrogi, próbuje swoich sił.
    To, że autor, który "przeszedł na papier", przestaje publikować na portalach wynika po części i z tego, że, jakby nie było, tekst w Internecie to też jest publikacja. A co za tym idzie, żaden wydawca tego nie weźmie.

    RC: Jak wiele może się tam nauczyć autor, który ma w planach "przejście na papier"? Czy w ogóle może się czegoś nauczyć? Jeśli tak, jak ma czerpać wiedzę, jak szlifować warsztat?

    AŁ: Myślę, że zarówno podpatrując lepszych, jak i biorąc sobie do serca komentarze. Nawet jeśli niektóre będą tylko krytykanctwem, to jednak zawsze znajdzie się parę życzliwych osób, które zwrócą początkującemu autorowi uwagę na najczęściej popełniane błędy. No i ćwicząc, publikując, narażając się na krytykę, poprawiając i próbując znowu.

    RC: Często krytykowano twoje teksty? Ciekawi mnie również jak odbierasz krytykę?

    AŁ: A wiesz, to ciekawe, bo akurat dzisiaj się nad tym zastanawiałam. Nad krytyką właśnie. Podczytuję sobie ostatnio Martę Fox (na przemian z kilkoma innymi autorami) i dziś trafiłam na takie zdanie, zacytuję ci dosłownie: Żaden artysta nie potrzebuje uwag krytycznych. Potrzebne mu jest wyłącznie uznanie. Jeżeli odczuwa potrzebę krytyki, to nie jest artystą.
    Według tej definicji ja pewnie artystką nie jestem (śmiech).
    Ale abstrahując od faktu, że należy ostrożnie szafować kwantyfikatorami, a wracając do twojego pytania, osobiście traktuję krytykę jako okazję do poprawienia warsztatu. A więc jako coś cennego. Oczywiście nie mówię o krytyce dla samej krytyki, bo komuś się nie spodobało, nie zrozumiał i krytykuje. W kompletnym oderwaniu od tekstu.
    Natomiast uwielbiam, podkreślę to słowo, u-wiel-biam, krytykę konstruktywną. Taką która pokazuje konkretnie moje słabe punkty, która podpiera się dowodami w postaci fragmentów skopanego tekstu i pokazuje, co zrobiłam źle. Celuje w tym internetowe Forum Fahrenheita, zwłaszcza tzw. wrednacze i chociaż ich krytyka boli, to jednocześnie można się dzięki niej bardzo wiele nauczyć, rozwinąć się literacko. Rola takich wrednaczy jest nie do przecenienia.
    Ale wiesz, forum, to miejsce na którym można dyskutować. Można się dopytać, obronić jakiś fragment lub przyjąć konkretny zarzut. Gorzej jest z recenzjami. Jeśli recenzja jest pozytywna, człowiek się cieszy i nabiera zapału do pracy. Przy negatywnej pojawia się problem, bo jak polemizować z taką recenzją? Gdzie? I patrząc z tej strony - Marta Fox ma trochę racji (uśmiech). Jest takie arabskie przysłowie, u nas ono ma formę "psy szczekają, karawana idzie dalej", ale dosłownie należałoby je przetłumaczyć jako: "Psy szczekają, karawana idzie." I interpretować to można dwojako: po pierwsze - naturą psa jest szczekać, naturą karawany - iść. Innymi słowy, jak to powiedział Młynarski, róbmy swoje. Druga możliwa interpretacja to: skoro psy szczekają, znaczy, że karawana się zbliża. Innymi słowy szczekanie psów też o czymś świadczy. Podsumowując - autor powinien cieszyć się z każdej recenzji. Choć powód uciechy w obu przypadkach będzie inny.

    RC: Zawsze chciałaś być pisarką?

    AŁ: Zależy jak na to patrzeć. Historie układam od zawsze. Na pierwszą publikację (w jednym egzemplarzu maszynopisu plus kilka przez kalkę) załapałam się w wieku 4 lat, bo akurat któreś z rodziców przyniosło maszynę do pisania do domu. Tekst na pół stroniczki, znalazłam go po latach i znów schowałam tak, że znaleźć nie mogę (śmiech). Pamiętam też z przedszkola, gdy pani już miała dość naszego biegania i chciała nas jakoś spacyfikować, siadaliśmy wszyscy na dywanie i na ochotnika opowiadaliśmy bajki. Nie mogło mi się wtedy w głowie pomieścić czemu inne dzieci opowiadają bajki, które wszyscy znają, na przykład o Czerwonym Kapturku, czy Kopciuszku. Przecież to nie były ICH bajki. Ja zawsze wymyślałam na poczekaniu i ciągnęłam wątek tak długo, aż pani miała dość (śmiech). Przypuszczam, że szybko miała dość. Opowiadałam też sobie samej bajki na dobranoc czy snułam powieść w odcinkach w drodze ze szkoły do domu. Natomiast nigdy nie myślałam, że mogłabym to zapisywać. Pisarze wydawali mi się innym gatunkiem ludzi. Chyba uważałam (całkowicie nieświadomie), że do tego, by pisać zawodowo, powinno się mieć specjalne "namaszczenie". Pisanie z potrzeby serca to obciach, zbyt mocno to było obśmiane choćby w Ani z Zielonego wzgórza, bym się sama przed sobą przyznała, że ja też mogłabym tego chcieć.
    Zresztą gdzieś chyba w trzeciej czy czwartej klasie szkoły podstawowej, zainspirowana atlasem geograficznym (uśmiech), postanowiłam napisać "powieść drogi", której akcja będzie działa się pomiędzy miejscowościami Łapy, Tłuszcz, Mordy i Ryki - rozbawił mnie ten zestaw miejscowości. Bohaterami były szczeniaki, które ktoś chciał utopić, ale udało im się uciec. Niestety znudziła mnie ona śmiertelnie po kilku rozdziałach.

    RC: Posiadasz literackich idoli?

    AŁ: Chodzi ci o pisarzy, czy postacie literackie?

    RC: Pisarzy.

    AŁ: Całe mnóstwo. Mogłabym wymieniać i wymieniać. Chyba łatwiej by było powiedzieć, za kim nie przepadam, co nie znaczy "nie czytałam". (śmiech)
    Nie potrafię wybrać jednego. Jednych cenię za mądrość przekazu, innych za kunszt, panowanie nad językiem, jeszcze innych za poczucie humoru albo za to że przy ich książkach doskonale się bawię. Pisarz, który potrafi doprowadzić mnie do śmiechu, automatycznie zajmuje najwyższe miejsca w moim rankingu i jestem w stanie wiele mu wybaczyć. Ale jakoś tak jest, że kunszt zwykle idzie w parze i z pięknem języka, i z dobrym stylem, i z mądrością przekazu, i z trafnością obserwacji.
    Naprawdę chcesz bym wymieniła choć kilka osób z nazwiska? Będzie długo, a gdy skończymy tę rozmowę, z pewnością przypomni mi się ktoś, kogo nie wymieniłam, a przecież powinnam była, bo go/ją uwielbiam.

    RC: W takim razie podarujmy sobie nazwiska, twoja odpowiedź w zupełności mnie satysfakcjonuje. Pogadajmy więc o gatunkach literackich. Już za chwilę do księgarń trafi zbiór opowiadań fantastycznych "Białe szepty", w którym będzie można przeczytać twój tekst. Wspominałem wcześniej, że to groza. O czym traktuje? Uchyl, proszę, rąbka tajemnicy.

    AŁ: Hmmm... jak to wyjaśnić, żeby za wiele nie zdradzić? O tym, że każdy nasz wybór pociąga za sobą konsekwencje? Brzmi ciut banalnie, ale jak to jest opowiedziane! (śmiech). Powiem nieskromnie, że uważam to opowiadanie za jedną z lepszych rzeczy, jakie dotychczas napisałam. I było to dla mnie bardzo rozwijające pod każdym względem, choćby pod tym, że stałam się ekspertem od ceramiki, a bardzo lubię uczyć się nowych rzeczy. Dlatego właśnie lubię pisać. Bo to zmusza mnie do pogłębionych studiów w jakimś tam wąskim zakresie, żeby nie palnąć głupstwa. Na przykład, kiedy pisałam "Błękitną szarfę", zabrałam się za historię żeglarstwa. Wprawdzie w samym opowiadanku zawarłam może promil tej wiedzy, ale czego się przy okazji pisania dowiedziałam, to moje.

    RC: Przyznam, że gdy ujrzałem twoje nazwisko w antologii opowiadań fantastycznych, ucieszyłem się. Stosunkowo niewiele jest w Polsce pisarek, które działają w zakresie literatury grozy. Jak sądzisz, z czego to wynika?

    AŁ: Nie mam pojęcia. Może nie lubią się bać ani straszyć?

    RC: Czytujesz grozę?

    AŁ: Broń Boże! Nie czytuję ani nie oglądam. No chyba że nikt mnie nie uprzedzi, że to ma być horror. W każdym razie, jeśli chodzi o grozę, to zdecydowanie wolę czytać niż oglądać. Bardzo lubię literaturę (i film) grozy z przymrużeniem oka. Czasem aplikuje sobie jakiś thriller, na przykład Cooka.
    Ale "banie się" dla samego uczucia strachu nie jest moim głównym celem przy czytaniu. Na "Piłę" bym nie poszła nawet za dopłatą. Nie lubię też horrorów w których roi się od robactwa i różnych takich obrzydliwości, epatujących przemocą, brutalnością. Nie "kręci" mnie to. Uważam, że to jest chore. Natomiast bardzo lubię Hitchcocka (i Mela Brooksa, jeśli wiesz, co mam na myśli w tym kontekście). I książki straszące inteligentnie, a nie np. dlatego, że łażą po podłodze jakieś rozkładające się resztki - tak, to mi się podoba. Ostatnio czytałam Dicka "Druciarz galaktyki", to nie była powieść grozy, ale w pewnym momencie udało mu się zbudować tak niesamowity klimat, że ciarki przeszły mi po plecach. Był środek dnia, pełna ludzi poczekalnia u dentysty, a ja się autentycznie przestraszyłam. O, taka sztuka mi się podoba. Ale jako ta odrobina chilli w potrawie, a nie jako danie główne.

    RC: Na koniec chciałbym jeszcze na moment powrócić do tytułu "Sześć Dominika". Będzie kontynuacja powieści?

    AŁ: Mam parę pomysłów, trochę szkiców, materiału starczy mi na kilka książek. Czy je napiszę? Zobaczymy.

    RC: W takim razie życzę powodzenia i dziękuję za rozmowę.

    AŁ: "Nie dziękuj, wyznam ci szczerze..." że właśnie mi się przypomniał mój "idol" (nie lubię tego słowa) literacki. (Dokładnie tak jak mówiłam - przypomniał mi się po zakończeniu rozmowy). Zdziwisz się, ale podziwiam go i czytuję od najmłodszych lat. I gdybym była obrzydliwie bogata, miałabym wszystkie jego książki. A tak mam chyba ze cztery...

    RC: Kogo masz na myśli?

    AŁ: Władysława Kopalińskiego.

    RC: Raz jeszcze... "nie dziękuję" za rozmowę.



  3. Karina Bonowicz - WYWIAD dla Gazety Pomorskiej


  4. 2 października 2008, 21:30       Książka, która "udaje"

    Karina Bonowicz

    Rozmowa z Anną Łaciną, pisarką, autorką powieści "Sześć Dominika".


    - Powieść "Sześć Dominika" zaczyna się nietypowo jak na książkę o szesnastolatce, bo od apokryfu o powstaniu człowieka. Dlaczego zostaje on stworzony na wyraźną prośbę psa?

    - Jak piszę na swojej stronie, ten akurat "apokryf" nie jest mojego autorstwa. Pomysł krążył sobie po sieci, aż trafił do mnie. Ja nadałam mu formę literacką. Dlaczego człowiek zostaje stworzony na wyraźną prośbę psa? Pies, a może w ogóle zwierzęta, choć krążące gdzieś w tle, odgrywają w powieści ważną rolę. A może i inne postacie z pogranicza światów, z których istnienia nie do końca zdajemy sobie sprawę? To wprawdzie powieść obyczajowa, ale są w niej elementy nie do końca realne. Jak śpiewali Skaldowie, "życie jest formą istnienia białka, tylko w kominie coś czasem załka". Jest tam parę zakamuflowanych nawiązań do innych rzeczywistości. Parę "kluczy literackich" dla czytelnikow-detektywów, którzy lubią poszukiwać drugiego, a może i trzeciego dna.

    - Tak jak Kelpian, chłopiec, który przypomina głównej bohaterce, Dominice, psa? Mnie bardziej przypomina Bursztyna z "Zielonej miłości". Czy to rzeczywiście pies zaklęty w człowieka?

    - Na to pytanie każdy czytelnik musi odpowiedzieć sobie sam (uśmiech).
    Kelpian ma wiele twarzy i można go "czytać" na wiele sposobów. Pani przypomina Bursztyna, i dobrze. Ktoś inny zwróci uwagę na końcówkę jego imienia i otworzy się mu inny ciąg skojarzeń. Arabiści i angliści zatrzymają się na skojarzeniu ze słowem kelb lub kelpie, i to też będzie dobrze.
    Kelpian jest "bramą" prowadzącą na inne poziomy czytania tej książki, ale nie jest to jedyna brama.

    - Książka przedstawia galerię postaci na wskroś współczesnych (nastolatka, doktorant-romantyk, zwariowane małżeństwo naukowców). Czy bohaterowie mieli swoje pierwowzory?

    - I tak, i nie. Żadna z tych postaci nie istnieje w realu, ale wiele "pożyczyło" różne cechy od prawdziwych ludzi. Niektóre sytuacje wydarzyły się naprawdę (paradoksalnie, przeważnie te najbardziej niewiarygodne). Byłoby jednak źle, gdyby się zacząć doszukiwać pierwowzorów wśród istniejących osób. Posłużę się słowami Agaty Christie, która na pytanie: Bohaterowie, jak sądzę, to postacie zaczerpnięte z życia, prawda? odpowiadała następująco:
    "...Na podobne insynuacje reaguję ze szczerym oburzeniem: Ależ skąd! Wymyślam ich. Są moi. Muszą być moimi bohaterami. Robią to, co chcę, mówią to, co chcę, może czasem mają swój własny punkt widzenia, ale tylko dzięki temu, że ja ich stworzyłam, że tchnęłam w nich życie". Zatem mamy już pomysł, mamy również bohaterów. Pora na trzeci element: dekoracje. Pierwsze dwa elementy rodzą się we mnie, jednak trzeci... hmm, z trzecim jest inaczej. Tło akcji przychodzi z zewnątrz. Ono jest, istnieje, czeka. Tła nie można wymyślić, ono jest prawdziwe, musi być prawdziwe".
    Ja również "tworzę" bohaterów, natomiast tło jest prawdziwe. Owszem, wprowadzam fikcję literacją, na przykład nie istnieje na UMK Zakład Biologii Molekularnej, ale tego typu zabiegi są właśnie po to, by czytelnik nie próbował sobie przetwarzać "aha, Paweł to asystent Iksiński, hmmm... nie wiedziałem, że zakochał się w pani Z, a Alina to doktor Ygrekowska", itd. Staram się jednak, by historia działa się w prawdziwych dekoracjach, a ponieważ jestem perfekcjonistką, dbam aż do bólu o poprawność szczegółów merytorycznych, do sprawdzenia rozkładu jazdy pociągów w danym roku włącznie czy godziny zachodu słońca (śmiech).

    - Pojawiają się również postaci epizodyczne: szukający żony Irakijczyk, Szkot zagubiony w polskiej rzeczywistości. Czy one też miały pierwowzory?

    - Jak już mówiłam, pewne cechy "pożyczam" od istniejących osób, ale mieszam je dowolnie, starając się, by postacie, które wyjdą były "z krwi i kości". Inne cechy ekstrapoluję.

    - Akcja dzieje się w Toruniu. Każdy torunianin świetnie się bawi, śledząc topografię miasta przedstawioną na kartach powieści. Pisała Pani z mapą Torunia, czy odtwarzała z pamięci?

    - Urodziłam się w Toruniu i zdeptałam go wzdłuż i wszerz. Mimo to w niektórych miejscach zerkałam na mapę, żeby się upewnić. Pamięć ludzka jest zawodna, a Toruń ciągle się zmienia. Niektórych opisanych miejsc już nie ma albo jeszcze nie ma, ale mogłyby być. Na przykład łabędzie - były. Teraz stawek stoi pusty. A szkoda. Mam cichą nadzieję, że ludzie, czytając sceny z łabędziami, zatęsknią do nich i utworzy się jakieś "lobby" na rzecz ich powrotu do parku bydgoskiego.

    - Główna bohaterka, wyrusza w podróż w poszukiwaniu siebie. Pierwsze miłości, pierwsze inicjacje seksualne, pierwsze rozczarowania... To przecież dotyczy każdego z nas. Z myślą o jakim czytelniku pisała Pani tę książkę?

    - Od mniej więcej piętnastu, szesnastu, lat wzwyż. Górnej granicy nie stawiam, bo ta książka tylko "udaje" powieść dla młodzieży. Ja bym ją nazwała literaturą familijną. Każde pokolenie może w niej znaleźć coś dla siebie. Książka powstała ze swoistego "buntu", że w księgarniach brakuje pewnego rodzaju literatury, że daje mi się jakiś "ersatz". Że albo jest tzw. "literatura kobieca" albo "młodzieżowa", a bardzo niewiele jest książek, które połączą przy lekturze i córkę, i matkę, i babcię, a może i ojca albo dziadka.

    - Żywe, dowcipne dialogi, a nawet elementy slangu - to wszystko sprawia, że powieść czyta się szybko, od czasu do czasu zaśmiewając się do łez. Podsłuchiwała Pani język młodzieży?

    - Cały czas podsłuchuję. Fascynuje mnie język jako taki. Teraz mieszkam w Wielkopolsce i wsłuchuję się w ten poznański zaśpiew, w to charakterystyczne "tej" na końcu zdania. Jest tu nawet taki dowcip: jak rozpoznać Poznaniaka w Anglii? Bo Anglik powie "Hał du ju du" a poznaniak "Hał du ju du, tej".
    Albo Galicja. Z prawdziwą przyjemnością słucham, jak krakowianom dźwięk rodzi się gdzieś "w głębi", jak wybrzmiewa takim charakterystycznym wibrowaniem, którego nie uświadczy się na północy Polski. Każdy region ma swoje charakterystyczne "smaczki". Boli mnie, gdy zanikają regionalizmy, gwara. Uwielbiam zgadywać po mowie, skąd może pochodzić mój rozmówca.

    - Poznań ma rodzinę Borejków uwiecznioną przez Małgorzatę Musierowicz. Czy Toruń będzie miał Dominikę Wierzchowską albo Pawła Gordowicza?

    - To zależy od czytelników.

    - Książka pozostawia pewien niedosyt. Co dalej z naszymi bohaterami? Co z Dominiką, Pawłem, Szkotem i Irakijczykiem?

    - (tajemniczy uśmiech).

    - A może wróci Pani do Torunia, żeby napisać ciąg dalszy?

    - Nie muszę wracać do Torunia. Gdziekolwiek jestem, zawsze jakaś cząstka mnie tkwi w Toruniu.


    Sześć Dominika

    "Sześć Dominika" Anny Łaciny to ciepła, humorystyczna opowieść, której akcja dzieje się w dzisiejszym Toruniu. Choć główną bohaterką jest poszukująca ojca nastolatka, to jednak powieść prezentuje galerię barwnych postaci, których losy krzyżują się w najmniej oczekiwanym dla nich momencie. Na pozór zwyczajni bohaterowie: nastolatka, doktorant UMK, Szkot native-speaker czy nauczyciel chemii wyruszają na kartach powieści w przygodę, która nazywa się po prostu: dorosłe życie. Jak sobie z tym poradzą? Przekonajcie się sami, sięgając po "Sześć Dominika".



 
© All rights reserved/Wszystkie prawa zastrzeżone
(Możesz kopiować, rozpowszechniać i wykorzystywać umieszczone tu materiały, pamiętaj jednak o prawach autorskich i podaniu linka do mojej strony. Będzie mi miło, jeśli poinformujesz mnie o tym.)