krokusMatuzalem narcyz

linia

Był starym człowiekiem. Bardzo starym. Tak starym, że właściwie od dawna powinien leżeć na CCK w skrzyneczce 10x15 sprasowany w zgrabną kosteczkę. Jak Krystyna.
Już dawno tam nie był, dobrze, że chociaż przez internet mógł zapalić jej zniczyk w każdy siedemnasty dzień miesiąca. W rocznicę ślubu. Ale i tak koło niej nie ma już miejsca...
Zresztą, z racji jego zasług, może będzie pochowany na Nekropolii w grobie rodziców? Szczęściarze. Leżą niemal na samym środku. Kiedy przesuwali nagrobki, żeby zrobić miejsce dla pasa szybkiego ruchu z jednej, a centrum handlu i rozrywki z drugiej, ich grób pozostał nienaruszony. Ci, którzy leżeli na obrzeżach, są teraz pod autostradą, chyba, że rodzina przeniosła ich gdzie indziej.

– Też mam czym się przejmować! – zdenerwował się nagle i odruchowo chciał poruszyć głową, jakby strzepując natrętne myśli. Odczuł delikatne napięcie mięśni karku, ale głowa pozostała nieruchoma. No tak... System nie będzie tracił energii na wspomaganie tak bezsensownych ruchów jak „strzepnięcie myśli” czy wzruszenie ramionami. Już chyba dziesięć lat minęło odkąd założyli mu ESM, a ciągle nie mógł się przyzwyczaić.
– Komenda, walk, okno – szepnął. Poczuł jak bielizna opinająca jego korpus napina się nagle i usztywnia. Pompy momentalnie zaczęły wtłaczać sprężone powietrze w okolice pleców i nóg. Odczekał jeszcze chwilę aż system ustabilizuje go w pionie i lekko poruszył prawą stopą. ESM jakby tylko na to czekał. Natychmiast rozesłał impulsy do zwiotczałych mięśni, a sztuczne naczynia wpompowały dodatkową porcję ATP. Powoli ruszył w stronę okna, trochę sztywno i nieco szurając nogami, ale jednak dziarsko wyprostowany.
– Aperti – mruknął w stronę parapetu.
Okna były włoskie, starego typu. Proponowano mu wprawdzie przestrojenie, ale nie chciał. To była jedyna możliwość by choć do martwego przedmiotu odezwać się w obcym języku. Poza tym okno słuchało tylko jego.
Pielęgniara mogła się do woli wydzierać: „shut! „clos”, czy nawet „zamknij się, do faki!” a okno i tak wpuszczało tyle świeżego powietrza, ile zapragnął. Teraz też parapet radośnie błysnął zielonym światełkiem i oba skrzydła otworzyły się szeroko, napełniając pokoik chłodnym zapachem wiosny.
linia
Tak... On mógł sobie na to pozwolić...
Z czułością popatrzył na niewielki ogródek z prawdziwą grządką, na której rosły prawdziwe krokusy i mały krzaczek róży opierający bezlistne jeszcze gałązki o podmokłą łąkę upstrzoną żółtymi kaczeńcami, a czasem o bociana zrywającego się do lotu dokładnie co 42,5 sekundy.
Kiedy krokusy przekwitną, pojawią się tulipany i żonkile.
Nie te nowomodne „dafodile” o ogromnych pstrokatych płatkach i trąbach przypominających świńskie ryje. Tak mu się to przynajmniej kojarzyło.
Na jego grządce, jak co roku, zakwitną żółte pachnące kwiatki, takie same jak te, które tak lubiła Krystyna...
daff Nagłe szarpnięcie tęsknoty spowodowało natychmiastowe włączenie alarmu.
Czerwona lampka nad drzwiami rozjarzyła się pulsującym światłem, a przewiercający uszy pisk nieprzyjemnie złamał ciszę poranka.

– Do licha! Kiedy zdążyli mi założyć tego cholernego chipa? – zdenerwował się, powodując włączenie kolejnych czujników.
– Pewnie w tej pomarańczowej tabletce – przypomniał sobie. – Nie zajrzałem do środka. To już teraz wiem czemu pielęgniara tak mnie zagadywała dwa dni temu przy podawaniu leków. Chwila nieuwagi i proszę! – Chciał się jeszcze podenerwować, ale już zaczynały działać wygaszacze emocji na bazie acetylocholiny i endorfin, wprowadzając go w stan błogiego zadowolenia, a system, ignorując jego rozkazy, przetransportował go z powrotem na łóżko.

Rozsunęły się drzwi i do pokoju wpadła młoda dziewczyna w białym fartuchu. Jednym spojrzeniem omiotła pokój, a widząc, że pensjonariusz domu spokojnej starości „Odlotowa Jesień” leży z przymkniętymi oczami, wyłączyła alarm i cichutko wycofała się na korytarz.
Poczekał na znajome kliknięcie sygnalizujące zamknięcie drzwi i dopiero wtedy, walcząc z ogarniającą go błogością, powoli podniósł powieki. Nie wydrą mu jego tęsknot i wspomnień, co to, to nie! Tylko żeby teraz nie zasnąć! Leżeć spokojnie, oddychać miarowo, by oszukać system, ale nie spać!
Galia est omnis divisa in partes tres – zaczął recytować, aby utrzymać mózg w stanie czuwania. Na szczęście chip nie umiał rozpoznawać fal mózgowych, a przynajmniej nie umiały tego dotąd te, które mu podstępnie zakładano, a on równie podstępnie się ich pozbywał na długo przed upływem ich terminu zużycia – quarum unam incolunt Belgae, aliam Aquitani... ciekawe kto jeszcze wie, gdzie była Akwitania – pomyślał gniewnie i zaraz się zmitygował, by nie drażnić chipa. Nie mógł sobie pozwolić teraz ani na sen, ani nawet na dłuższe leżenie. Ogródek czekał.
Oczywiście. Mógłby kogoś poprosić, ale po pierwsze nie chciał uszczuplać funduszy, po drugie lubił zapach i dotyk wilgotnej ziemi, a po trzecie chciał uniknąć komentarzy w rodzaju: „a co to za dziwne jakieś chwasty tu pielęgnujesz, HHOK!”
Chociaż nie. Przez tych kilkadziesiąt lat, odkąd tu zamieszkał, wywalczył, by zwracali się do niego per pan. Na początku trochę się podśmiewali, ale w końcu się przyzwyczaili. Nawet praktykantki, które dopiero się uczyły pielęgniarstwa, były uprzedzane, by nie mówić do niego „dziadku”, a już broń Boże nie „tykać”.

– No i dobrze – sapnął z zadowoleniem. – Tę smarkaterię trzeba trzymać krótko. Jak człowiek jest zbyt potulny, to mu na dobre nie wychodzi. A o słuszne rzeczy trzeba walczyć nawet za cenę cierpienia. Nie tak jak ci... – wykrzywił usta z pogardą – O tempora! O mores! Kule karabinowe ze środkiem znieczulającym, bagnety z lignokainą, napalm ze środkiem nasennym... Humanitarna wojna! Za długo żyję...

Wziął kilka głębokich oddechów, by uniknąć włączenia alarmu. Będzie musiał jakoś sobie tego chipa wydłubać, niech no tylko paskudztwo usadowi się gdzieś pod skórą.
Zwykle chip krążył po organizmie trzy, cztery dni, a potem znajdował sobie miejsce na tyle płytko, że schowany pod krzakiem róży szwajcarski, prawie stuletni scyzoryk wystarczał, by się do niego dobrać. No trudno, trzeba się będzie jeszcze trochę przemęczyć i unikać wzruszeń, potem trochę znajomego bólu i znowu poczuje się jak mężczyzna.
Tyle razy ich prosił, by dali mu spokój z tym idiotycznym chipem, a oni zupełnie nie mogą tego pojąć.
„Jest pan dla nas zbyt cenny. Musi pan unikać stresów, żeby organizm za szybko się nie zużył.” Co za nowomodne bzdury!
– Cenny, cenny – zaburczał, zły, że system ciągle utrzymuje jego ciało w stanie głębokiego relaksu – po co? Żeby „Odlotowa Jesień” mogła się szczycić posiadaniem najstarszego człowieka na świecie? Czy żeby raz do roku mogła wpadać do niego horda dziennikarzy, by potem wypisywać bzdury w rodzaju „Najstarszy czowiek na sfiecie skonczyl 120 lat” Albo „Tylko dla naszego pisma Pan Maciej zdradza sfuj sekret!” Banda nieuków! Jak ktoś się urodził w poprzednim stuleciu, to jest dla nich automatycznie stuletni.
Ale nie może ich tak po prostu wyrzucić za drzwi. W końcu dzięki tym wizytom ma za co żyć przez następny rok. A czasem można się nawet ubawić. Jak ostatnio:

– Co pan wpieprza, że w tym wieku jest pan w tak zapierdzistej formie? – zapytał go ten rudawy z „Howlu kulinarnego”
– Nadmanganian chlorku potasu z pieprzem cayenne – odburknął, a ten dureń poprosił o przepis.
Albo ta silikonowa piękność z „Lajfu vipów”.
– Czy to prawda, że w młodości uprawiał pan jogę w Tybecie? – zapytała, trzepocząc prawie półmetrowymi rzęsami – i że Kamasutry uczył pana sam dalajlama?
– Boże, gdzie Rzym, gdzie Krym! – wyrwało mu się odruchowo.
– Nie uprawiam jogi – dodał już spokojniej. – Ale sport lubię do dziś. Kiedyś ćwiczyłem aikido, a joga, proszę pani pochodzi z... – zobaczył, że mówi w przestrzeń.
Piękność przepychała się już ku wyjściu, rzucając kolegom powłóczyste spojrzenia.

Potem w „Lajfie Vipów” przeczytał długi reportaż, w którym piękność kwieciście opisywała jak to uczył się chińskich sztuk walki od krymskich samurajów i że swoją formę zawdzięcza bujnemu życiu seksualnemu, na wzór orgii rzymskich cesarzy.

Szelest rozsuwanych drzwi kazał mu znowu przymknąć powieki.
– Pobudka, panie Szaraniec! – zawołała wesoło młoda dziewczyna. – Śniadanko!

Przesunęła kilka dźwigni na pulpicie sterującym i oto poczuł tak upragnione napięcie mięśni barków, rozlewające się stopniowo na plecy i szyję. Cicho zaszumiała pompa i powoli zaczęło go unosić do pozycji siedzącej.
– No i znowu rozpierdolił pan okno na całą szerokość – gderała dobrotliwie dziewczyna, mocując się z uchwytem tacy – jeszcze pana zawieje i będzie na nas. Że nie dbamy.
– Zaraz tam zawieje – machnął ręką, trochę niezdarnie, ale stopniowo odzyskując kontrolę nad swoim ciałem – A gimnastyka poranna? Możemy teraz?
– Że też się panu chce? W tym wieku?
– Bardzo proszę, panno Natalio, to taki kaprys starego człowieka, a lekarz przecież nie zabronił.
Spojrzała na niego z rozbawieniem.
– No, nie onli kaprys, ale okej. IMO lepiej odpalić stymulator.
– A to, co ja robię, to niby co jest? – wysapał, próbując dotknąć kolanem do łokcia. – Przecież gdyby pani nie nacisnęła tego guziczka, to dalej bym leżał jak kłoda. Teraz skłony poproszę.
Natalia posłusznie kliknęła myszą.
– A po co się tak męczyć? Program by se hulał po mięśniach, a pan mógłby w tym czasie, bo ja wiem? Na przykład pograć w coś... Albo obejrzeć te, no...
– ...stare filmy z młodości – dokończył za nią ze śmiechem, prostując się po szóstym skłonie. – Wie pani, gdybym chciał być naprawdę staroświecki, to nigdy bym się nie zgodził na ESM. Wprawdzie nie wiedziałem wtedy jeszcze, czym to pachnie, ale... Co się dzieje? – zapytał z nagłą trwogą, mając wciąż głowę przygiętą do kolan – nie mogę się podnieść!
Chip wyczuł zwiększony poziom adrenaliny i pokój wypełniły piskliwe dźwięki alarmu. Na domiar złego zdenerwowanie Natalii przerodziło się w panikę, co natychmiast zaowocowało reakcją jej własnych chipów. Były chyba już trochę przeterminowane, bo zamiast się wyciszyć i podjąć działania godne pielęgniarki, Natalia rozpłaszczyła się bezwładnie na podłodze, podrygując w ataku śmiechu.
– No ładnie – pomyślał, próbując przewrócić się na bok, mimo oporu systemu. – Co za dzień!
Do pokoju wpadła inna pielęgniarka i rzuciła się do pulpitu.
– O szit! Zepsuło się – skonstatowała ze zdziwieniem. – Trzeba kolnąć serwis.
Wyłączyła alarm i ruszyła w kierunku drzwi.
– Chwila, proszę pani! – zawołał spomiędzy kolan. – A ja?
Spojrzała z takim zdumieniem, jakby noga od stolika zaczęła nagle recytować Szekspira.
– No zepsuło się, nie? – powiedziała karcąco. – Będzie serwis, to naprawią.
– Ale chyba mnie pani nie zamierza zostawić w tej pozycji do przyjazdu serwisu?
– No chyba się na tym nie znam, nie? – odparła z oburzeniem. Pionowa zmarszczka między brwiami świadczyła o intensywnym procesie myślowym dokonującym się pod burzą amarantowych włosów. – Zastrzyk nasenny! – wykrzyknęła z radością. – Dać?
– A nie mogłaby pani mnie odłączyć? Wtedy sam sobie poradzę – zadudnił od podłogi.
– What?! Chyba pan fazy porąbał! AFAIR serwis pojawia się dość szybko – dodała już łagodniej. – Ale kiedy to naprawią, GOK – westchnęła. – Chyba dam podwójną dawkę. OTOH czy nie będzie za mocna w tym wieku? Chyba lepiej kombinowaną... nasenny ze znieczuleniem...
– No przecież nie będę tak stał! Co za problem odłączyć zasilanie? – zdenerwował się, ponownie włączając alarm.
– O sax! I co narobił? Przecież mnie wypierdolą, jak w raporcie będą trzy alarmy w ciągu godziny?
– Niech pani tu podejdzie – zarządził stanowczo, nie chcąc się wdawać w jałowe dyskusje. Podziałało.
– No jestem. Zaraz dam coś na uspokojenie.
– Najpierw proszę obudzić koleżankę.
Pielęgniarka trąciła Natalię czubkiem buta, a gdy to nie poskutkowało posadziła ją potrząsając i poklepując po policzkach. Natalia, nieco jeszcze oszołomiona, podniosła się w końcu z podłogi, puszczając mimo uszu utyskiwania tej drugiej.
– Nie pluj się, nie mam kredytów na nowe chipy FYI. AYK profesjonalne dostane jak zrobię dyplom.
– Hej, moje panie – znowu nie zwracały na niego uwagi. Wprawdzie pozycja, w jakiej się znalazł nie była bardzo męcząca, w końcu podtrzymywał go zepsuty, bo zepsuty, lecz jednak ESM, ale już trochę zaczynało mu się kręcić w głowie.
– Niech pani chwyci mnie za barki – rozkazał pielęgniarce o amarantowych włosach. To była chyba Viola, z tej pozycji nie widział dokładnie jej twarzy. – Nie tu, trochę wyżej. A panna Natalia niech mnie chwyci za nogi. Dobrze. A teraz proszę przewrócić mnie na bok.
– Na florę? – zdziwiła się amarantowa.
Ufff... Jak dobrze było wreszcie się położyć, choćby na twardej podłodze. Żeby jeszcze te ręce nie były takie sztywne i nieposłuszne. Z amarantową pogadać się nie da. Trzeba by ją gdzieś odesłać, ale Natalia jest nowa. Zerknął na pielęgniarkę. Nie, to nie Viola, to sama Melisa, przełożona oddziału, przybiegła zwabiona alarmem.
– Dziękuję bardzo – wysapał. – Pani Meliso, zechce pani wezwać serwis? A pannę Natalię poproszę o śniadanie. Kawa mi już pewnie wystygła? – zażartował, ale nie zrozumiały żartu. W końcu skąd miały wiedzieć, że kiedyś nie było samopodgrzewających się naczyń?
Kiedy tylko Melisa opuściła pokój, szepnął:
– Panno Natalio, czy mogłaby pani pociągnąć za ten gruby kabel z boku pulpitu? Tylko tam chyba trzeba podnieść takie czerwone zatrzaski.
Spojrzała na niego ze zgrozą.
– Przecież się na tym nie znam!
– To nic trudnego! Proszę tylko o wyciągnięcie wtyczki z kontaktu. No niech pani zobaczy! Nastąpiło jakieś zwarcie i wszystkie mięśnie mam napięte, na komendy to barachło nie reaguje, nie mogę się ruszyć, niech mnie pani uwolni, proszę!
Potrząsnęła przecząco czarnoniebieską czupryną.
– Czy w takim razie mogłaby pani mnie rozebrać?
– Ja?!
– No to proszę wezwać konserwatora bielizny, dobrze?
– Już lecę! – ucieszyła się, że wreszcie może być pomocna i wybiegła z sali.
W drzwiach zderzyła się z wchodzącym właśnie mężczyzną w garniturze.
– To tu się zepsuło? – zapytał, szukając wzrokiem gniazdka do podłączenia laptopa.
– Och, jak dobrze, że pan tak szybko przyszedł! – wykrzyknął z ulgą – może mnie pan uwolnić?
Mężczyzna nie odpowiedział zajęty wpisywaniem do laptopa numerów seryjnych urządzenia. Dopiero, kiedy ekran komputera rozjarzył się błekitnawą poświatą zwrócił się do leżącego.
– Dane już brykają do serwisu. Nasz TEM zjawi się es sun es – uśmiechnął się szeroko, prezentując garnitur śnieżnobiałych zębów.
– Ale panie! Nie widzisz pan jak ja tu leżę? Może chociaż zasilanie by pan odłączył? Żeby zlikwidować to cholerne napięcie!
– A więc życzy pan sobie również obecności Feeding Expert Manager? Klir, już wstukuję – „...and FEM...” mruknął pod nosem, biegając szybko po klawiszach – Yess. Zadowolenie klienta naszym najwyższym celem – znowu zaprezentował zęby.
– Panie! Po co mi specjalista! Wyciągnij pan po prostu wtyczkę z kontaktu!
– Przykro mi – zrobił smutną minę. – To należy do Technical Expert Manager. Ja jestem DEM, diagnostyka. Don’t worry, be happy. Będą es sun es or sth. –
Przebiegł długimi szczupłymi palcami po klawiaturze i odłączył laptop.
– Do widzenia. Dziękujemy za korzystanie z urządzeń firmy Eurotechwerk.
Ukłonił się i wyszedł, nie zwracając uwagi na dobiegające z podłogi przekleństwa.

Drzwi rozsunęły się znowu i weszła Natalia w towarzystwie siwej, potężnej kobiety o szerokich czerwonawych dłoniach.
– Witam pani Esmeraldo! Jak zdrowie!
– No coś podobnego! Przecież to pan Maciej! – wykrzyknęła składając ręce. – Co się stało?
– A, szkoda gadać! Coś się popsuło i ruszyć się nie mogę. Gdyby mnie pani uwolniła z tego kostiumu...
– A pewnie, pewnie. Uwolnić mogę, ale czy to co pomoże? – szybkimi sprawnymi ruchami ściągała z Macieja piżamę, a potem opinającą ciasno ciało bieliznę. Rozebrany do rosołu poczuł się nieco lepiej, choć wciąż nie mógł się wyprostować. Esmeralda bez wysiłku przeniosła go na łóżko i rozciągając napięte mięśnie delikatnym masażem, ułożyła na boku w prawie normalnej pozycji.
– Dziękuję – uśmiechnął się z wdzięcznością, starając się ukryć skrępowanie.
Odwzajemniła uśmiech i troskliwie otuliła go kołdrą.
– Dać zastrzyk nasenny czy przeciwbólowy? – zaproponowała znowu Natalia.
– Nie, dziękuję.
– Tabletka wolniej działa – tłumaczyła, interpretując jego odmowę po swojemu. – To nie te czasy. Teraz zastrzyki nie bolą.
– Nie, ja w ogóle nie chcę teraz spać...
– A, klir! Nie zjadł pan śniadania jeszcze – przypomniała sobie z ulgą. – A mówiłam, że gimnastyka to szit. Jak je podać? Chyba przez kroplówkę, albo sondą? Zaraz przygotuję.
– Dziękuję, nie jestem głodny – skłamał. – Zjem jak serwisant naprawi. Może pani mnie spokojnie zostawić.
– Ale jak to tak? Bez przeciwbólowego? Woli pan uspokajający?
– Nie, nie trzeba. Wszystko jest w porządku. Na pewno ma pani wiele obowiązków – przypomniał.
– Niech pani spokojnie idzie – włączyła się Esmeralda. – Akurat skończyłam – uśmiechnęła się – konserwować powierzchnie płaskie i mam chwilę przerwy, więc sobie spokojnie z panem Maciejem posiedzę.
Mina Natalii świadczyła, że nie jest przekonana, ale z kieszeni fartucha zaczęły akurat wydobywać się pierwsze tony Requiem Mozarta. Dla porządku omiotła jeszcze pokój spojrzeniem, poprawiła zwisający róg kołdry i wreszcie wyszła, przyciskając telefon do ucha.
– Nakarmić pana, czy naprawdę nie jest pan głodny? – uśmiechnęła się łobuzersko Esmeralda.
– Oj jestem i to mocno – roześmiał się na tyle, na ile pozwalały napięte mięśnie – ale jak pomyślałem, że będą mnie karmić przez sondę...
– Co się pan tak cykasz – mruknęła, wpychając mu do ust kawałeczek chleba z jakąś pastą – te dzisiejsze sondy, to już nie to, co kiedyś. Tak, panie, technika idzie do przodu. Aż mi żal, że nie zobaczę, co oni jeszcze wymyślą... Życie jest takie piękne... Chociaż z drugiej strony jak patrzę na ten dzisiejszy świat, to czasem się cieszę, że to już niedługo.
– Co też pani opowiada! – o mało nie zakrztusił się ciepłą kawą, mimo, że Esmeralda uniosła go do pionu, by mógł się napić. – Chyba nie zamierza pani...
– A co mi zostało? Wnuk potrzebuje mieszkania. Chcieliby w końcu mieć dziecko... Szkoda, że już go nie zobaczę...
– Nie wolno pani tego zrobić! Przecież nie mogą pani zmusić! Nie wolno...
Alarm znowu się włączył, ale tym razem system zamiast zwiotczyć mięśnie sprawił, że zaniósł się nagłym kaszlem. Esmeralda rzuciła się do czujników.
– Nikt mnie do niczego nie zmusza – powiedziała cicho, ponownie siadając na krawędzi łóżka. Tylko to mogę dla nich zrobić. A zwłaszcza dla tego maleństwa. Albo ono, albo ja...
– A jakiś dom spokojnej starości? Tu nie jest tak źle – próbował się uśmiechnąć, walcząc z ogarniającym go błogostanem.
– Za co? Byłam zwykłą kurą domową. Kto mi to opłaci? A w „Popularnej ciszy” to by było tylko przedłużanie agonii... Za bardzo bym za nimi tęskniła.
Ale Maciej nie słyszał jej ostatnich słów. Chip w końcu zmógł jego oporny system nerwowy. Spał.


WRÓĆ NA ROZSTAJE FUTURYSTYKI

O KOBIETACH / O TEANO / PROZA / WIERSZYKI / AKTUALNOŚCI / STRONA GŁÓWNA / KSIĘGA GOŚCI / MOJE KSIĄŻKI